Mauritius - gęba w niebie
 
 
strokestrokestrokestroke
 
 
Po niezwykłym ślubie wyruszyliśmy w niezwykłą podróż poślubną. 12 tys. kilometrów na południe, za równik. Na Mauritius. Wbrew pozorom koszt całej wyprawy wyszedł niewiele wyższy niż wakacje w dobrym hotelu nad Morzem Śródziemnym, za to klimaty zupełnie inne (wkrótce postaram się opublikować kilka porad dla tych, co chcieliby ruszyć w taką podróż). Naprawdę warto.
W ten sposób powitały nas już w Paryżu linie Air Mauritius. Zrobiło się egzotycznie, ale... przed nami jeszcze 12 godzin lotu.
12 godzin minęło jak z bicza trzasnął i znaleźliśmy się w hotelu Ocean Villas w Grand Baie. Mały, przytulny, ze świetną obsługą.
Przy kawie na tarasie bungalowu można było podziwiać m.in. takie ptaki. Uprzedzam pytania: tak, trochę darły dzioby nad ranem :)
Przez kilka dni nocami padało, a raczej lało. W dzień - słońce. A kiedy pokropiło przed wieczorem... nad plażą pojawiła się taka tęcza.
Zachody słońca na Mauritiusie to poezja. Aparat (Canon 20D) nie mógł oddać tego światła. Joasia marzy na plaży Mont Choisy.
Mnie też było bardzo błogo, nie powiem :) Mont Choisy to jedna z wielu publicznych plaż jakby wyciętych z kiczowatego widoczku.
Kiedy zbliżyć nieco oko do piasku, można zauważyć choćby kraby. Tego nazwaliśmy Ray Charles, ciekawe czy zgadniecie dlaczego...
Nie doszukujcie się żadnych małżeńskich podtekstów z pętlą, smyczą itd. - to zdjęcie z plaży po prostu mi się podoba :)
Wspominałem o kiczu, prawda? Kolory wcale nie są podkręcone w Photoshopie. To naprawdę tak wygląda w rzeczywistości.
A to już Grand Baie, czyli bodaj największy na wyspie kurort turystyczny. Ta woda naprawdę tak wygląda.
Grand Baie to nie tylko plaże. Oto hinduska świątynia - ponoć za 1 mln dolarów. Hindusi na Mauritiusie to najliczniejsza grupa etniczna.
Przy głównej drodze w Grand Baie można kupić niemal wszystko. Zarówno na takich straganach,
jak i w eleganckich butikach.
W jednym z butików Joasia wdziała ślubne sari. Te kilkanaście metrów materiału kosztowało 13 tys. rupii (1,3 tys. zł). Tzn. kosztowałoby :)
Ale luksus na Mauritiusie występuje raczej wyspowo - w hotelach i butikach. W miastach i wsiach jest przeważnie tak - biednie.
Po jednodniowym odpoczynku czas było ruszyć się z Grand Baie. Na początek - autobusem do ogrodu botanicznego Pamplemousses.
Założony w 1767 r. ogród wciąga. Można błądzić po nim godzinami podziwiając najrozmaitsze rośliny, a także zwierzęta.
Choćby takie lilie wodne. Podobno może usiąść na nich nawet małe dziecko. Z braku małego dziecka nie sprawdziliśmy.
Za to osobiście testowaliśmy wytrzymałość leżących palm w Pamplemousses. Czuliśmy się na nich rozkosznie.
Roślinność w ogrodzie botanicznym zachwyca na każdym kroku. Zwłaszcza kiedy na wodzie albo w liściach zaczyna grać słońce.
Bambusów też ci dostatek. Podobnie jak palm: wysokich, niskich, średnich, kwiatów takich i owakich...
... albo baobabów. Joasia wygląda przy takim drzewiszczu jak krasnal. Ale w końcu ten baobab jest od niej kilka razy starszy.
Wypuściliśmy się też na krótszą wycieczkę rowerową. Niecałe 10 km od naszego hotelu, tuż za Peyerebere leży urocza mała plaża.
Wspominałem, że zachody słońca na Mauritiusie są chwilami aż kiczowate? :) Na Bain de Boeuf nie było inaczej.
Dwóch wędkarzy na Bain de Boeuf. Mnie skojarzyli się z dwoma ludźmi z szafą z etiudy Polańskiego. Tyle że ci są bez szafy.
W końcu jednak wypożyczyliśmy samochód (właściwie samochodzik) i ruszyliśmy na południe wyspy. Drogi chwilami lepsze niż w Polsce.
A na drogach oczywiście ruch lewostronny (dziękujemy ci, o Imperium Brytyjskie). I ciężarówki wożące trzcinę cukrową.
Przedsiębiorczy mieszkańcy wożą zresztą wszystko na wszystkim. Ten motorowerzysta wygląda jak dwukołowy TIR.
A po drodze można podziwiać przecudne widoki. Warto jechać tuż nad morzem. Wybrzeże zmienia się dosłownie co chwila.
Wulkaniczne skały, wyschnięta trawa i zaraz trawa zielona, a w tle - szmaragdowe morze z grzywami fal rozbijających się na rafie.
Przez środek wyspy biegnie tylko jedna droga ekspresowa. Poza tym drogi są lokalne i wąskie, co chwila mija się ludzi.
Ten napis w pobliżu Ile aux Cerfs mnie urzekł. “Jedź ostrożnie, kochamy nasze dzieci.” Czemu u nas ktoś nie wpadł na taki pomysł?
Ale najwięcej jest przy drodze trzciny. Bo trzciny rośnie na wyspie mnóstwo. Świetny zestaw barw: Zielone pióropusze i rdzawa ziemia.
A o zachodzie słońca łodygi trzcin po prostu płoną. Można by patrzeć godzinami, gdyby nie to, że słońce zachodzi dosłownie w kilka minut.
Wierzcie, nie wierzcie - to stolica: Port Louis. Stoją tu bodaj jedyne na wyspie wieżowce (kilkanaście pięter). Sztuk trzy o ile pamiętam.
O wiele ciekawszy jest w Port Louis targ. W wielkiej hali można kupić rozmaite tkaniny, pamiątki, owoce. I warzywa - co widać na zdjęciu.
Byliśmy też na rajskiej wyspie Ile aux Cerfs, ale pogoda akurat była bura (na zdjęciu). Ale na spadochronie sobie polataliśmy :)
A teraz początek wielkiej podróży na dzikie południe! Cały dzień aż na przylądek Gris-Gris, a po drodze, np. taki Wąwóz Czarnej Rzeki.
Nad wąwozem teoretycznie powinny występować małpy. Ale zastrajkowały, więc sami zrobiliśmy sobie zdjęcie.
Kikanaście kilometrów dalej - Wodospad Chamarel. Imponujący,  ale prawdziwy cud Chamarel leży jeszcze kilometr dalej.
Kolory Ziemi, czyli piasek w siedmiu samoistnie separujących się kolorach. Podobno to kwestia gęstości. Ale jest w tym też magia.
Z Chamarel trzeba przejechać ok. 30 km, żeby trafić do miniogrodu zoologicznego Vanila. Hoduje się tam taaakie gady...
... i takie, o wiele bardziej sympatyczne. W Vanila mieszka kilkadziesiąt żółwi olbrzymich. Niektóre mają ponad 100 lat.
Najlepsze jest jednak to, że można sobie na nich pojeździć. Te ogromne łakomczuchy za kilka listków godzą się na wszystko.
Po wizycie u żółwi wracamy na sam południowy kraniec wyspy: Gris-Gris, co w tubylczym języku znaczy “czarna magia”.
Przy Gris-Gris nie ma rafy koralowej, więc fale rozbijają się bezpośrednio o brzeg. A są naprawdę poteżne. Czarna magia.
Następnego dnia wróciliśmy na południe, ale tym razem jechaliśmy dalej na wschód. To wygląda jak droga do nieba. I nie bez kozery.
Bo na jej końcu leży prawdziwie niebiańska zatoka - Blue Bay. Woda na Mauritiusie jest w ogóle piękna. Tu jest wręcz cudowna.
Nie ma tego na zdjęciu, ale nad Blue Bay jest luksusowy hotel St. Geran. Bywa tu prezydent Francji Jacques Chirac. Ja się nie dziwię.
I nadszedł dzień, by zrealizować obietnicę dla redakcji “Logo”: wypłynąć na połów wielkiej ryby (najlepiej marlina). Łodzie czekały.
O 7 rano wypłynęliśmy i też czekaliśmy. Aż coś raczy chwycić. W cenie są napoje. Piwo Phoenix smakuje na wodzie wyśmienicie.
i opłacało się czekać! To była pierwsza dorada, którą złowiliśmy. Kilkanaście kilogramów Potem była jeszcze jedna i dwa bonito.
Na koniec zafundowaliśmy sobie niespodziankę, na którą namówił nas ten pan: Wojtek Maruszewski, który na wyspie mieszka od 15 lat.
Wojtek prowadzi w Grand Baie szkołę nurkowania Neptune. Pewnie byśmy do niej nie wstąpili gdyby nie napis po polsku.
Chociaż i tak byśmy trafili. Wojtek (tu obejmuje Joasię), doskonale znał naszych kelnerówi z hotelu: “We drink with Wojtek a lot” :)
I namówił nas na zejście 10 m pod wodę. Pod maskami nie widać nietęgich min. Ale było warto! Widoki pod wodą nie do opisania.
Najlepiej zresztą widać to po mojej twarzy już po powrocie na ląd. Czułem się, jakbym zanurkował w ogromnym akwarium.
Dwa tygodnie minęły jak z bicza trzasnął. 11 września, w piątą rocznicę zamachów, wsiedliśmy do jumbo-jeta, by wrócić do domu.
Podróż poślubna 29 sierpnia - 11 września 2006